by hazlikuss
@ 2008-02-18 - 05:11:37

Jest to moja pierwsza podróż do Wenezeuli. Wspólnie z Mamą i Tatą oraz prawie całym materialnym dorobkiem naszego życia postanowiliśmy pamiętnego dnia (12 luty 2008) odbyć lot z Barcelony do Milanu, a stamtąd do Caracas.
(Barcelona) Więc wstaliśmy o 3:30 nad ranem. Oczywiście rodzice myśleli, że będę kontynuował spanie i tym razem (o podobnej porze wyprowadzaliśmy się z Wielkiej Brytanii), ale jazda na lotnisko cudownie mnie zajęła. Cisza i spokój na ulicy, niewielki ruch - jednym słowem każdy z nas znalazł chwilę na osobiste porzegnanie się z Europą. To może być ostatnia chwila wytchnienia przed tym jakże stresującym dniem.
Na lotnisku bez problemu odnaleźliśmy właściwe miejsce. Kiedy tato po kolei położył na wadze ogromne dwa tobołki, pani która odczytywała kilogramy pokręciła głową i pomruczała coś do siebie.
- Kurde felek, za dużo napchane! - pewnie pomyślał Tata.
- Kurde felek, za dużo napchane! - pewnie pomyślał Tata.
Oczywiście w takim wypadku gotowi byliśmy zapłacić za nadbagarz, ale zaspana pani powiedziała, że ze względów bezpieczeństwa i ppoż musi być 32kg na tobołek. No to nadwaga musi iść w tobołek, który się tak nazywa jak hamulec, tzn. ręczny. Zaczął się stres, no bo już w tym ręcznym mieliśmy dwa ponad 10 kilogramowe plecaki, czarny plecak z moimi pieluchami (nigdzie się bez nich nie ruszam - tak na wszelki wypadek żeby nikogo nie siuru siuru - jak śpiewali w polskim zoo), torba z komputerem i dokumentami,
jedna torba z jedzeniem i jedna z osobistymi rzeczami Mamy, w której znajdowało się wszystko począwszy od mojego Nurofenu a skończywszy na figurce Williama Walesa wyzwoliciela Szkotmenów. Oczywiście próbowałem nie przeszkadzać w przepakowywaniu, jednak wszelka próba oddalenia się na więcej niż 2 metry kończyła się fiaskiem.
jedna torba z jedzeniem i jedna z osobistymi rzeczami Mamy, w której znajdowało się wszystko począwszy od mojego Nurofenu a skończywszy na figurce Williama Walesa wyzwoliciela Szkotmenów. Oczywiście próbowałem nie przeszkadzać w przepakowywaniu, jednak wszelka próba oddalenia się na więcej niż 2 metry kończyła się fiaskiem.
Hurra zrobione! Ale co to? Przybyły dwa nowe tobołki. Wyglądaliśmy jak prawdziwa cygańska rodzina. Tylko zabrakło tego: Ej Amore, szaba daba da Amore. Nie pytajcie jak przedostaliśmy się przez bramki bezpieczeństwa (tata wyglądał śmiesznie ze spadającymi spodniami) i jak załadowaliśmy się na samolot, gdzie obowiązywał limit jednego bagażu podręcznego na głowę. O takich wyczynach nikt niestety książki nie napisze, a szkoda.
Lot do Milanu był znośny. Przeważało dość duże stado zgrymasiałych biznesmenów. Postanowiłem się nimi nie przejmować zbyt wiele I skupiłem się na cycu. Tata mówi na to pierś. Być może dlatego, że pierśy mam do nich wychowawczo-konsumpcyjno-spożywczy dostęp.
Tranzyt w Milanie prawie cały przespałem. Przebudziłem się zanim weszliśmy do samolotu Boeing 767 linii lokalno - oceanicznych Alitalia. Fajny, wielki I głośny jest ten potwór tylko numer lotu 666 coś mi nie pasuje. Ale tylu śmiałków, tylu uśmiechniętych podróżników na około, że żadna instytucja SATelitarna "ANIST", nie jest w stanie nas powstrzymać.
cd...













2008-03-15 @ 23:35